panikrancaswiata

jestem jak dzień, w którym nie zdarzyło się nic

-powroty i rozstania-

Brak komentarzy

Czułam już od jakiegoś czasu, że potrzebuję przelać słowa na bloga. Nie pisałam nic od tak dawna, że nie wiem czy nadal potrafię… Szukać słów, gonić je, jak odłamki szczęścia…

Ciągle ta sama, ciągle przepełniona marzeniami i wiarą w ludzi, mimo różnych rozczarowań i zawirowań, chwilowych chaosów i końców świata. Znowu jestem, może trochę dojrzalsza i silniejsza, bo bywało ciężej, trudniej, przytłaczająco źle (jak pokazuje wpis poniżej). Ale po pokonaniu przeszkód rozmaitego rodzaju, blokad, które jakieś złe duchy rzucały mi pod nogi, coś się zmieniło…

Pierwszy raz w życiu mam wrażenie, że od jakiegoś czasu spełniają się moje marzenia, życzenia szeptane pod nosem stają się rzeczywistością, to czego pragnęłam pojawia się w moim świecie, aż sama czasem waham się czy jestem nadal na jego krańcu…

Bo mój kraniec sięga teraz dwóch miast, między którymi toczy się moje życie, które wznawia się kiedy już wysiądę z pociągu. I muszę stwierdzić, że życie na dwa miasta dla singielki bywa pasjonujące, natomiast dla kobiety, która kocha, jest kochana i praca nigdy nie była nr 1, a uzbierała sobie pokaźne grono bliskich, życie na walizkach po prawie półtora roku staje się męczące.

Nigdy nie myślałam, że wyląduję w Warszawie. Nigdy nie chciałam żyć w Warszawie, a jestem tam od ponad roku i jest to całkiem przyjemne… Mam już listę rzeczy i miejsc za którymi będę tęsknić (najbardziej za Mokotowem, cudownie zielonym i klimatycznym). Ale czas wracać do Łodzi, czego ludzie ze stolicy zrozumieć i wybaczyć mi nie potrafią ;) ale na szczęście czasem ubierają to w przepiękne słowa, które czasem chodzą mi po głowie… „Nie mogę pogodzić się z tym, że wracasz do Łodzi”… nie powiedziałabym tego piękniej, dlatego boję się że ostatniego dnia pracy będę płakać jak bóbr…

A wracam w sumie w nieznane… moja praca w Łodzi prawie przestała istnieć, zawodowo czeka mnie wielka niewiadoma, prywatnie wielkie brązowe, sarnie oczy, które wyrażają więcej niż słowa i wyzwania, którym wspólnie chcemy podołać. I grono ludzi, którzy zawsze byli ze mną, na dobre i na złe. I przez których nigdy do końca nie opuściłam Łodzi, co sprawiło że wracam :) Do nich i do kogoś jeszcze…

Kilka dni na zwolnieniu po okropnym przeziębieniu dało czas na leżenie w łóżku z kompem i odgrzebywanie przeszłości. Także tej nie tak bardzo odległej. Od wczoraj próbuję z ponad 2 tysięcy zdjęć zrobionych w Maroku wybrać zdjęcia do wywołania, nie wiem kiedy zakończę tę misję, bo oglądanie tych zdjęć to jak pływanie w oceanie, zanurzasz się i nie widzisz granic… to był cudowny wyjazd. Ciągle przed oczami mam te kolory…tak jak i zachód słońca na pustyni… a w głowie gwar z Dżamaa al-Fina…  W snach nigdy stamtąd nie wróciłam.

 

-214-

Brak komentarzy

Znów wieczorami jest ciepło, zaczyna pachnieć bez, kwitną jabłonie. Kocham te wieczory na balkonie, sielskość anielskość swojskiej okolicy, którą widzę pode mną.

Jeszcze 2 tygodnie do kolejnej wizyty lekarskiej. Ostatnia wizyta pogrążyła mnie zupełnie w nicości. W więzieniu moich obaw, w okowach mojego umysłu, w kajdanach mojego strachu. Tydzień po moich 29 urodzinach wychodzę z płaczem od lekarza. Słońce mnie oślepia, ludzie torują mi drogę, nie rozumiejąc ani trochę że tak bardzo chcę stąd uciec. Jednocześnie wysyłam kilka smsów z uśmieszkiem, że wszystko ok, zaklinając rzeczywistość. Parę ciężkich dni, długie godziny w internecie, kilka rozmów, kilka telefonów. Ślepa wiara, w to, że prędzej czy później będzie dobrze, przerywana przez kilka ataków paniki, czasem powracających. Puste wieczory, kiedy chcę zostać sama ze sobą są już za mną, pogodzenie z wszystkim co będzie, strach, że będzie jeszcze gorzej. Lubię siebie,tak jak chyba nigdy wcześniej siebie nie  lubiłam, bo tylko to mi zostało, skoro cały czas mówię, że chyba nic dobrego mnie już nie spotka. Stopień pogodzenia z tym, co może jeszcze nastąpić osiągnął poziom mistrzowski, tak jak wizualizacje wszystkich negatywnych scenariuszy, jednocześnie cały czas wierzę, że wszystko będzie dobrze… By tuż po chwili zastanawiać się, czy mój optymizm nie jest zbyt przesadzony. Gubię się, a jednocześnie wszystko jest dla mnie tak krystalicznie przejrzyste… jak chyba nigdy dotąd.

 

Chyba dobrze, że pewne osoby odeszły z mojego życia, nic tu po nich. Niektórzy są jak chmury, które przysłaniają słońce. Czasem trzeba wielu lat, żeby to zrozumieć. Chociaż nadal nie wiem, skąd w niektórych tyle jadu… Nigdy nie wchodziłam z buciorami w niczyje życie, nie rozumiem natomiast dlaczego niektórzy tak bardzo chcą wleźć w moje i wyczyścić je ze błota…. Biorę odpowiedzialność za swoje decyzje, nie idealizując ich; nie rozumiem dlaczego inni obnoszą się ze swoimi, krytykując decyzje życiowe innych, ludzkie zakłamanie do końca życia mnie chyba będzie zadziwiać…i kobieca zawiść, niestety.

Musiałam to wszystko napisać, nie po to, żeby się pożalić, nie po to, żeby się wyspowiadać, ale żeby zobaczyć te słowa i zostawić je tutaj. Nie ma dla nich lepszego miejsca niż kraniec świata….

I wszystko się pozbierało :)

Znowu pobiegłam za złudzeniem. Wbrew logice, zdrowemu rozsądkowi i noworocznym planom. Na parę tygodni znów dałam się oczarować. Weszłam do tej samej rzeki ponownie i … było mi znowu dobrze, wszystko się poukładało. To był dobry czas, znowu otworzyłam się na ludzi, zobaczyłam inny świat i poznałam mnóstwo historii… Znowu wiem gdzie idę i co chcę osiągnąć :-)
Były szalone wieczory i spokojne poranki, kubki z kawą, puszki z piwem i dym lecący za okno, a przecież ja nie palę… I myśli też szalone, bo jeżeli ktoś w ułamku sekundy na parę chwil chce rzucać dla Ciebie wszystko, to jak nie nazwać go szaleńcem?:)
To jedno złudzenie pozbawiło mnie innych; lubię akurat je bo wiem, że za nim nigdy nie pobiegnę do końca. Ani ono nie pójdzie za mną. Teraz odfrunęło (i nie jest to przenośnia ;) już tak daleko, że jestem znów bezpieczna. Wracam do swojego życia pełna nowej energii… W końcu tak miało być, nieprawdaż? :)

Telefon od W uświadomił mi, że nie tylko w moim życiu są kuszące złudzenia, ale jednocześnie wiem, że tylko niektórzy mogą sobie pozwolić za nimi pobiec. Inni nie powinni,bo czasami nie warto…

Tak dawno nie pisałam, że nie wiem czy potrafię nadal.

I znowu wszystko się rozsypało. Nie mam już siły uciekać, próbować coś zmieniać, zaczynać coś od nowa, powtarzając, że będzie dobrze. Bo nie wiem, czy będzie dobrze, ale jakkolwiek nie będzie dam sobie radę. Wszystko się rozsypało w tysiąc kawałków, których nie mam ochoty już zbierać. Ja się trochę rozsypałam, szczególnie teraz, leżąc w łóżku…Ale przynajmniej opróżniłam mój telefon ze zbędnych złudzeń, chociaż z głową nie idzie mi już tak łatwo. Miniony rok był cudowny i szalony i wiem, że doświadczyłam emocji, które może innym nie będą dane przez całe ich życie. I były motyle, i były dreszcze, i było szczęście… Wszystko do tego stopnia cudowne, że na koniec dałam się wyprowadzić w manowce… Ale nie pierwszy i nie ostatni raz, zobaczymy co przyniesie kolejny rok. I wiem, że było warto i że nie żałuję…

Chociaż w takie dni, wieczory jak ten mam ochotę uciec…. od wszystkiego i wszystkich ludzi i ich emocji. Rzeczy niedopowiedzianych, albo dopowiedzianych za plecami. Słów rzuconych na wiatr, bez żadnego pokrycia. Niekonsekwencji. Mogłabym teraz zasnąć i obudzić się w momencie pakowania walizki. W nieznane…

Cały czas mam ją przed moimi oczami. Ciągle tak samo zagubioną a jednocześnie świadomą wszelkich możliwości, wszelkich alternatyw i wszystkich skutków, jakie mogą wynikać z jej decyzji.

Nie zauważyła trzeciej drogi, najbardziej mrocznej i najbardziej tajemniczej. Między jej amerykańskim ex-mężem a nowym mężczyzną z balkonu pojawił się trzeci bohater, którego bardzo szybko bezwzględnie spławiła. Kiedy po miesiącu spotkali się przypadkiem, on bardzo dobrze ją pamiętał. Po jego licznych wysiłkach dała mu swój numer chociaż już wtedy wiedziała, że to błąd. Pierwszy i jedyny, ale decydujący o tym co się wydarzy. Z bystrego, bezwzględnego łowcy stała się uległą zwierzyną, która ucieka coraz wolniej…

…Ale nie mam czasu jej pomóc. Nie mam czasu sobie pomóc. Za tydzień wszystkie problemy tu i teraz znikną… I nastąpią 2 tygodnie szaleństwa urlopowego :D

Ale trzymam kciuki za kobietę na rozdrożu. Tak łatwo trafić z nich na manowce, a tak trudno podjąć właściwą decyzję…

-210-kobieta wilk

Brak komentarzy

Pisząc dzisiaj maila do Martina, oficjalnie zakończyłam właśnie swoje najlepsze wakacje w życiu. Nieprzespane noce, nocne kąpiele w morzu, zbiegi okoliczności, szalone imprezy, dobrzy ludzie i dobre zakończenia wszystkich wątków i opowiastek sprawiły że  znowu zaczynam wszystko od nowa. Szczęśliwa, opalona, zrelaksowana. Dzisiejszy mail kończy ostatnią niedopowiedzianą historię. Możemy iść dalej. I wracać do rzeczywistości. T ak kolorowej i wielobarwnej jak prawie nigdy wcześniej…

 

Znowu gram w serialu. Niepoprawnie radosna i szalona. Dni mijają, a szaleństwo zostaje. Powrót do normalności staje się rozpoczęciem nowych przygód. Łącznie z ostatnią sobotnią nocą, kiedy akcja nieoczekiwanie zmienia obrót. Wszystko co było staje się przeszłością i ustępuje miejsca nowym snom i złudzeniom.

A teraz coś o Niej…

Długowłosa dziewczyna na niebotycznych szpilkach stoi na balkonie, zostawiając za plecami uroczego mężczyznę z jego uroczym, amerykańskim uśmiechem, który pozornie tak niewiele zmienił się przez ostatnie 2 miesiące. Niby niewiele w nim się zmieniło, ale ona widzi wyraźną zmianę. Bo zmieniło się wszystko. I nic już nie wróci, nic nie będzie takie samo. Patrzy na chodzących ulicą ludzi, na pobliskie knajpki. Na niebie nie widać gwiazd, natomiast księżyc w pełni przyciąga i magnetyzuje. Nagle obok ktoś się pojawia. Inny mężczyzna.

- Nie jest Ci zimno?

 

-american dream-

Brak komentarzy

Zastanawiam się, czym zaskoczy jeszcze mnie moje własne życie i moje własne losy. Myślałam o tym, leżąc z Celiną i Martą nad wodą piłyśmy piwo i oglądałyśmy pływające kaczki. Beztrosko pozwalałyśmy muskać słońcu nasze twarze. Po długiej i beztroskiej sesji na basenie i saunie, bez makijażu, w puszystych rozwianych włosach, bez pośpiechu wylegiwałyśmy się na trawie.

Wieczorny wypad na miasto zakończył się bardzo nieprzewidywalnie. Nie wiem co będzie dalej, ale wiem że niech się dzieje. Wyłączam logikę i przemyślenia. I wiem, że mój american dream może się spełnić. Nawet na parę beztroskich chwil. Nawet jeżeli wszystko jest złudzeniem, to do niczego innego nie przyzwyczaiły mnie moje dotychczasowe osiągnięcia.

Po powrocie z basenu i znad wody, a przed wyjściem znowu poczułam, jak bardzo kocham moje życie. Jak bardzo cieszę się, że jest jak jest. Lubię wprowadzać beztroskie złudzenia do mojego życia, ale moja codzienność przestała być już złudzeniem. Pracuję nad nią by miała realne kształty. By miała stabilne podstawy i bardzo miękkie ściany, o które się mogę w każdej chwili oprzeć. I czuć że wszystko ma sens. I wszystko jest prawdziwe. Nie żyję w mydlanej bańce kłamstw. A przecież życie może być tak piękne :)

Dziękuję sobie samej, że mimo moich skoków w głębokie przepaście, potrafię spadać na 4 łapki.

American dream, I’m waiting.

W moich snach kończę wszelkie niedokończone rozmowy. Wyjaśniam wszelkie nieporozumienia, rozwiewam wszelkie wątpliwości. Nie wiem skąd to się bierze, skąd te potrzeby, skąd te twarze. W ciągu dnia niewiele już pamiętam….

 

Tak bardzo chciałabym zapamiętać ten magiczny czas. Dzięki temu, że Ci najbliżsi są już blisko nie tylko z nazwy. Świat się cudownie skurczył… i poranki, kiedy jadę do pracy, w uszach mam śpiew ptaków, na twarzy podmuch chłodnego, porannego wiatru… i czuję że żyję. I wiem, gdzie chcę teraz być. Tak dobrze wiem. Wreszcie. Kilka ukradzionych dni…. kiedy dostrzegasz co jest ważne. Nie dla Ciebie, ale dla drugiej osoby poświęcasz cały swój czas, energię. I wiesz, że było warto… :)

 

Dzisiaj jechałam rozsiewając zapach kawy… mój pokój pachnie kawą. Już nie mogę się doczekać jutra. Znowu wreszcie. Wyszłam z mgły. I zobaczyłam, że stoję na szczycie…. (jak w moich rozlicznych snach katastroficznych) i jestem tak bardzo bezgranicznie, beznadziejnie, bezzasadnie, bezpodstawnie szczęśliwa, jak tylko mogą być takie głupiutkie stworzonka jak ja :)

-207- stop your horses

Brak komentarzy

Zapędzamy się coraz bardziej. Ja otwieram się jak książka. On jest moim najwierniejszym czytelnikiem. Stopujemy się nawzajem, żeby tuż za chwilę znowu razem popędzić. W naszych myślach, słowach,gestach. Razem nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy, widzimy dzielące nas różnice. Uspokaja mnie jednego wieczora, by następnego znowu obrócić wszystko w pył, zasiać wątpliwości i podkręcić nasze relacje. Nigdy nie czułam się tak szczera, tak słuchana, tak skrupulatnie rozsupływana. Sama rozwiązuję sznurki, przecinam kable, którymi jestem owinięta. Gadam głupoty, żeby tylko usłyszeć jego śmiech przez słuchawkę. On wymyśla nową rzeczywistość, żeby tylko na kilka chwil mnie nabrać. I ciągle włamuje się do mojego umysłu. A ja się tylko głupawo uśmiecham.

Nie wiemy jak to się skończy. Nie przeszkadza nam to, by cieszyć się każdą wspólną chwilą. I nie wybiegać w przyszłość. Nie dalej niż do kolejnego poranka.

*206*

Brak komentarzy

There’s a thin grey line between the black and the white
It’s evidently hard to find at night

 

powoli zbliża się zima a w raz z nim podsumowanie mijającego roku. I mimo, że czuję nadejście listopada, który zawsze ściąga mnie w najgłębsze przepaście, to uśmiecham się, bo ten rok był naprawdę udany :) Mój rok zmian sporo zmienił w moim życiu, a jeszcze więcej w mojej głowie… przesunęłam granice swojego myślenia, odważyłam się zrobić krok dalej, podjęłam ryzyko, nie raz i nie dwa. I było warto. Nawet jeśli nie było typowego happy endu. Ja zresztą zawsze lubiłam odrobinę niedosytu:) Droga ponad cel:) Szczęście po prostu jest, dzieje się, akurat właśnie w tym momencie. Trzeba to złapać bez czekania na napisy końcowe. Teraz zaraz już.

Uśmiecham się, bo jeszcze 2 miesiące. i nie chodzi o odhaczanie kolejnych pozycji z listy.

Zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie….


  • RSS